Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


gdyż daje możność urządzenia sobie życia w sposób dowolny.
— Zawsze nie obejdzie się bez kłopotów.
— Precz z niemi! Na teraz przynajmniej nie troszczmy się o nie. Wogóle uważam, że ludzie za wiele żądają od losu, zanadto się skarżą na świat i na życie, a w gruncie rzeczy ono nie jest tak złe jak się niejednemu wydaje.
— Teraz tak mówisz.
— Nie tylko teraz, ale i poprzednio miałem takie samo zdanie. Przechodziliśmy ciężkie koleje, to prawda, z wysiłkiem zdobywaliśmy codzienny kawałek chleba; ja chorowałem, zdawało się, że już giniemy, a przecież znaleźli się jeszcze dobrzy ludzie. Poczciwy nasz doktór podźwignął mnie z niemocy i prócz tego, przez swoje stosunki w sferach finansowych, przyczynił się nie mało do tego, że dostałem posadę. No i smutne nasze położenie polepszyło się. Sama ciocia przyzna, że w ostatnich czasach nie było nam tu bardzo źle. Mieszkanko szczupłe, lecz miłe i wygodne, nie zaznaliśmy głodu, nie chodziliśmy obdarci. Prawda, że gnębiły nas długi, a raczej dłużki dawniejsze, lecz zwierzchnicy okazywali mi wiele dobroci, nadzieja awansu była coraz bliższa urzeczywistnienia się.
— Wierzyłeś w nią? — spytała ciotka.
— Dla czego nie miałbym wierzyć? Bezpośredni zwierzchnik bardzo mnie lubił i dyrektor był dla mnie uprzejmy i przychylny, wszyscy koledzy życzliwi, pra-