Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wzrok Wiktora miał wyraz tak błagalny, że chłop nie mógł się oprzeć.
Poskrobał się w głowę i z nieśmiałością rzekł:
— Pierwej było w Kalinówce dobrze, bo rządca, niby pan Żarski, był sprawiedliwy człowiek.
— A ja? Bójcie się Boga, czyż ja byłem dla was zły?
— Gdzie zaś, wielmożny pan właśnie był dobry i bez to cała zguba na wieś przyszła...
— Ja was nierozumiem Szymonie...
— Nie każda, panie, dobroć dobra je — i nie każdemu ona na dobre wychodzi... a sprawiedliwość zawdy w jednej mierze stoi...
— Jeszcze nie rozumiem...
— Rządca sprawiedliwy był. Nikt tu od niego pokrzywdzenia nie miał, nikt bez dania racyi marnego słowa nie słyszał. Jak na kogo bieda przyszła, to już bywało, do rządcego jak w dym, on bywało pocieszy i słowo dobre rzeknie — i bywało, czy bydlę na zimowisko przyjmie, czy ziarna na siew pożyczy, czy i na to mówiący, inszemu potrzebnemu pieniędzy da... Bywało, powiada, mój bracie, trza się ratować, bo tobie dziś, mnie jutro. Naści, na jesień oddasz, abo na to mówiący, odrobisz, jak tam ci wypadnie lepiej, to już twoja w tem głowa. Tak bywało robił, i my na wsi nie znali nijakiego żyda, nijakiego procentu, bo rządca za nas stał jak za siebie i żeby niewiem co, to on chłopu zginąć nie dał, zawdy go z biedy wyciągnął... ale złodziejstwa żadnego nie scierpiał — na złodziejów miłosierdzia nie miał, najmniejszego patyczka nie darował.