Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ha, ziarna, Bogu dzięki, dobre... chleba będzie dość — ale może to i gorzej.
Dla czego, mój Szymonie...
— Naród teraz, panie wielmożny — paskudny. O paskudny naród! Skoro mają dobry urodzaj, to jeszcze gorzej będą pili po karczmach, a jeździli po sądach, a prawowali się — a pomstowali jak poganiny jakie... do kościoła pałką nie napędzi — a na łajdactwo to, jak, nieprzykładając, psi na koninę, takie chytre...
— To źle, to bardzo źle, mój Szymonie.
— A wiadomo że źle, wielmożny panie, wiadomo, a najbardziej to już człowiekowi markotno, że wprzódy takiej Sodomy jak dziś niebywało. Po sprawiedliwości wielmożnemu panu powiadam, że jak ona Kalinówka Kalinówką — tośmy dawniej takiego rozpuszczeństwa nie znali... a tać ja nie dzisiejszy, nie dzisiejszy ja człowiek, wielmożny panie.
— Ależ dla czego? na miłość Bożą, mój Szymonie, dla czego?
— Ha, wielmożny panie, duże by to było gadać, a nie wiele słuchać — i nawet nie wszystko pasuje wielmożnemu panu opowiadać.
— Owszem, wszystko, wszystko mi mówcie, mój Szymonie, ja właśnie chcę od was samych usłyszeć. Jeśli wam Bóg miły, człowieku, mówcie prawdę, nie tajcie... Oto siądźcie sobie tu na ławce i mówcie, mój Szymonie, mój staruszku, proszę was...