Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Była to jego najmilsza rozrywka... Zamyślony patrzył w jasne niebo, to znowuż puszczał wzrok po polach, łąkach i lasach, to obejmował nim szereg białych chat, co się przy drodze rozsiadły.
Dumał wtenczas i marzył i cieszył się nadzieją, że niedługo pójdzie sam do lasu, na łąki i do tych chat wieśniaczych, które całem sercem ukochał...
Jednego dnia, gdy tak przed gankiem siedział, sam jeden, gdyż ciotka domowem była gospodarstwem zajęta, a Julia po nocy niespanej poszła trochę odpocząć, Wiktor ujrzał przechodzącego przez dziedziniec chłopa... Skinął na niego ręką...
Stary wieśniak zbliżył się...
Był to najstarszy chłop w całej wsi, gospodarz porządny, uczciwy, trzeźwy — niegdyś jego słowo dużo w gromadzie znaczyło, teraz wszakże wycofał się ze wszystkiego. Przykro może było staremu, że młodzi burzą i wichrzą, wbrew sprawiedliwości i prawdzie, że nie wiele sobie ważą jego srebrne włosy — machnął tedy ręką na wszystko — i nawet, zapytywany o zdanie, milczał uparcie....
Zawołany zbliżył się do Wiktora, z wyrazem współczucia na twarzy...
— Jak się macie Szymonie? powitał go dziedzic.
— Bóg zapłać wielmożnemu panu, Bóg zapłać... ja to połatawszy — jeno to gorzej, że wielmożny pan ciągle nam jakoś słabuje... Możeby na wotywę do przemienienia Pańskiego... albo co?
— W Bogu nadzieja, moi drodzy — doktór obiecuje, że lepiej będzie — ale powiedzcież mi co na wsi?