Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jak jeno mu się który popadł to, bywało zara krzyczy: Ty szelmo, taki owaki, ty, powiada, psia wełno, ty cyganie, ty Judaszu! To ty nie wiesz gdzie dwór? powiada... Skoro ci potrzeba, to przyjdź w dzień i kup, a jak nie masz za co kupić, to proś... a nie kradnij, szelmo jeden, bo to paskudnie i grzech... I zaraz go do sądu, żeby nawet krwawemi łzami płakał — bo rządca sprawiedliwy człowiek był, wielmożny panie...
— A ja? ja nie byłem dla was sprawiedliwy?
— Wielmożny pan był tylko okropnie dobry... już taki dobry, że drugiego w świecie poszukać...
— Ale niesprawiedliwy... powiadacie.
Chłop zmięszał się...
No, rzekł z pewnem wahaniem się — powiedziawszy po prawdzie i po sprawiedliwości, to nie... bo jak wielmożny pan wszystkim złodziejom odpuszczał, to poczciwym ludziom było markotno, a inszemu i zazdrość. Złodzieje sobie całe podwórka napakowali drzewem, złodzieje wypasali inwentarz w pańskiem zbożu... a porządni gospodarze nie mieli nic... Przez to się we łbach przewracało, jeden darł i drugi chciał drzeć, a jak wypadła większa kwestya, to chcieli z dobrego pana całą skórę ściągnąć... Tak, tak, wielmożny panie, każda rzecz na świecie swoim porządkiem idzie — a sprawiedliwość to grunt. Niech ta wielmożnemu panu Bóg miłosierny da pocieszenie na zdrowiu, na wszystkiem co sobie wielmożny pan sam od Boga pragnie i żąda — a mnie trzeba iść do chałupy, bo interes, jaki do pana rządcego miałem, załatwiłem ze wszystkiem.
Rzekłszy to, chłop pokłonił się do samej ziemi,