Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nicy jakiemuś, obieżyświatowi, bez domu i bez dachu nad głową, wycieruchowi brudnych karczem żydowskich, wyrzutkowi społeczeństwa... Wstyd wam, wstyd i hańba, wam gospodarzom, rolnikom, ludziom przecież uczciwym i rozumnym — wstyd, żeby was taki za nos wodził, żeby wami kierował!
Chłopi zaczęli wzdychać.
— Zdaje mi się, mówił Wiktor, z zapałem i podniesionym głosem, że powinniście sami ocenić, sami zrozumieć, że ja pragnę dobrze i dla siebie i dla was, że chcę, żeby pomiędzy nami nie było żadnych a żadnych sporów i kłótni — żebyśmy żyli obok siebie jak przyjaciele dobrzy — jak bracia... Ja pierwszy do was rękę wyciągam — zastanówcie się więc — pomyślcie.
W gromadzie panowało głuche milczenie.
— Czy nie dość wam ciągłych sporów, kłótni i procesów. Czy ciągle macie się skradać do lasu, jak złodzieje, kiedy ja wam daję las na własność, do którego chodzić będziecie jawnie, w biały dzień, jak do swego. Czy nie milsza wam święta zgoda i przyjaźń. I ja rolnik i wy rolnicy — i ja gospodarz i wy gospodarze. Co między nas ma wchodzić jakiś obieżyświat, jakiś człowiek niedobry, co ma judzić i draźnić? Przepędzić go, kundla, na cztery wiatry, podajmy sobie ręce, a żyjmy w zgodzie, jak Pan Bóg przykazał... Cóż bracia?
— Świętą prawdę wielmożny dziedzic powiedział, odezwał się po namyśle Kaczorek, świętą prawdę, po sprawiedliwości i pięknie...
— Więc nareszcie przekonałem was? więc podpiszecie?