Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zastanówcie się — pomyślcie. Czy nie lepiej mieć swoje własne, aniżeli służebność...
— Hi, lepiej, albo i nie lepiej...
— Sami wczoraj gadaliście inaczej.
— Niech wielmożny pan da po dziesięć morgów pola i po dziesięć lasu, to się namyśliwa...
— Majątku by nie wystarczyło.
— Toć możnaby u pana Kalicińskiego przykupić po sąsiedzku.
— Więc nie chcecie?
— Nie! nie chcemy.
— To już wasze ostatnie słowo?
— Ostatnie...
— Ha, trudno. Zobaczycie, że będziecie kiedyś żałowali, wspomnicie moje słowo — ale już będzie zapóźno.
— To niewiadomo.
— Powiedzcież mi przynajmniej, kto was tego nauczył?
— My i sami wiemy, przez żadnych nauków,
— A cóż wy wiecie?
— Dyć wiemy... że jeno trza troszkę poczekać, a to wszystko co kiele nas je, nasze będzie.
— Tak myślicie?
— A juści.
— Mylicie się dobrzy ludzie. Wprowadzono was w błąd. Jakiś oszust nagadał wam głupstw — a wy mu wierzycie. Nie chcecie słuchać tego, kto do was przychodzi jak najlepszy przyjaciel, jak brat... kto wam życzy dobrze i szczerze — a dajecie chętne ucho pija-