Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A i co z tego będzie? — spytał niedowierzająco chłop któryś.
— Co będzie? Eh! głupcy wy, głupcy! ja wam ot powiem co będzie.
Zniżył głos, jakby lękając się, żeby kto nie podsłuchał, i oglądając się na wszystkie strony, długo i szeroko szeptał coś do chłopów.
Musiał im opowiadać bardzo zajmujące rzeczy, gdyż słuchali go uważnie, oddech nieomal wstrzymując. Koło chłopów, otaczające wymownego jurystę, ścieśniało się coraz bardziej, na twarze ich wystąpiły rumieńce, w oczach migotały blaski,
Gdy pan Mikołaj skończył, ze wszystkich piersi wydobył się jeden zgodny okrzyk.
— Niebrać! niebrać chłopcy. Zbierzmy sto rubli dla pana Mikołaja, niech jedzie, niech prawuje! Niech nam wyprawuje, to co nam się patrzy.
— Będziecie wy żałowali tego — odezwał się nieśmiało jeden z gromady — ale zakrzyczano go, wyśmiano. Chłopi wpadli w doskonały humor. Obietnica „wyprawowania“ gruntów różnych i lasów podnieciła ich umysły. W duchu każdy z nich tworzył sobie plany przyszłego, ogromnego, ma się rozumieć, gospodarstwa.
Szynkarz nie mógł dać sobie rady, taki miał targ ogromny, zapasy gorzałki jakie posiadał były na wyczerpaniu. Chłopi krzyczeli, śmieli się; w izbie karczemnej było parno jak w łaźni. Zakopcona lampka naftowa rzucała skąpe światło na tę scenę, której autor i reżyser zarazem, zręcznie rozdmuchiwał namiętności i podbudzał chciwość. Chociaż pił ciągle, nie był je-