Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Aha! przemawiali panowie? — spytał drwiąco pan Mikołaj.
— Aj przemawiali, panie, przemawiali — odrzekł z westchnieniem Śmieciucha — przemawiali, że inszy ksiądz w kościele tak pięknie nie gada.
— Aha! Teraz to oni przemawiają do was, jak strach na nich przyszedł... Któż to wam takie kazania prawił?
— Naprzód sam dziedzic...
— Aha! jaki wyrywny.
— Powiedział, że my wszyscy jesteśmy bracia i że powinniśmy żyć, jak Bóg przykazał, po sprawiedliwości i we świętej zgodzie, w przyjacielstwie, w dobroci, w życzliwości; powiedział, że jak się pogodzimy, to nam tu w Kalinówce ufundują szkołę i że się z doktorem zgodzi, żeby do wsi co tydzień przyjeżdżał... Powiedział, że kto chce sadek koło chałupy zakładać, to dostanie z dworskiego ogrodu co najlepszą drzewinę.
— Ha! ha! — wybuchnął śmiechem pan Mikołaj, — jaki to on dobry! Wybuduje wam szkołę, bo mało macie podatków, więc trzeba jeszcze za szkołę opłacać, a wasze dzieci zamiast gęsi paść, będą nad elementarzem ślęczały. Prawda Kaczorek, że to nie wielka łaska?
— Ha juści — odrzekł chłop, drapiąc się po głowie — powiadają, że szkoła dobra rzecz, ale żeby człowiek miał jeszcze od dziecka opłacać, to niech je marności. I tak opłacamy za każde bydlę od pomorku...
— Ja zawsze mówię Kaczorek, że u ciebie głowa numer czwarty, alembikowy! Ja tobie zawsze powiadam. Ty potrafisz zrozumieć każdą rzecz. Na co doktor, powiedz sam, co chłopu po doktorze?