Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


będzie, a ja powiadam, że dobrze... Już ja sam chciałem krzyknąć: „przystajemy!“ jeno mnie Kaczorek pociągnął za sukmanę — „pójdziewa, powiada, do pana Mikołaja, kumie, powiada, poradzim sią, powiada... a że akuratnie deszcz lunął i ludzie porozchodzili się z dziedzińca, tak powiada: idźmy kumie, nie zważajmy, powiada, toć nie z gliny jesteśmy, powiada. Takeśmy tedy poszli.
— Hm — mruknął pan Mikołaj — mówiłem, że Kaczorek stary wróbel, nie jego brać na plewy...
— Toć to nie plewy, to były jeno morgi, pole i las...
— Dureń ty — ja tobie powiadam — rzekł sentencyonalnie pan Mikołaj, siadając na przyzbie — gadaj no Kaczorek porządkiem, jak było.
— Ano, jak miało być? Dają po trzy morgi pola i po dwie morgi lasu, pole zaraz ode wsi.
— Piękne pole — wtrącił Śmieciucha, wzdychając.
— Juści że pole niczego, a las od Zagórowskiej granicy.
— Oj las, las! — rzekł Śmieciucha, śliczności las, bo to i na budulec w nim zdybie i na płot i na każdy porządek... Ileć tam je drzewiny w owym lesie...
— I cóż gromada?
— Ha, panie, gromada, jak gromada. Jeden się jeno na drugiego oglądał... i chcieliby i bali się. Wiadomo, że trzy morgi pola, to nie głupstwo, a lasu jeszcze, jak świat stoi, żaden chłop nie miał... Oskoma ich też brała... Jeszcze jak panowie przemówili...