Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiem jak było, gdyż przed dwoma laty byłam w takiem samem położeniu. Afekta, któremi p. Kaliciński zapłonął nagle dla ciebie, zwrócone były i ku mnie w swoim czasie... Takiż sam uroczysty nastrój, wielki bukiet, wyznanie, odmowa, rozpacz i klasztor... a potem regulowanie interesów i nowa próba.
— Zabawny człowiek... ale gorsze przejście miałam nazajutrz... wyobraź sobie, że przyjechał pan Marcinkowski i wystąpił do Wiktora i do ciotki z prośbą o moją rękę dla pana Adama... To już oburzyło mnie do najwyższego stopnia.
— Dla czego?
— No, powiedz sama, ten ufryzowany pudelek był u nas wszystkiego trzy razy, nie wiem czy zamienił ze mną trzydzieści słów rozmowy i oświadcza się! Czy sądził, że mnie olśnił swemi końmi i ekwipażem?. Ja nie mogę nawet wyobrazić sobie, co go upoważniło do tego kroku.
— I naturalnie — odmówiłaś...
— Spodziewam się!.. Tymczasem zaraz po odjeździe pana Marcinkowskiego, ciocia mi powiedziała takie kazanie, żem przez kilka godzin płakała... Powiedziała mi, że nie jestem udzielna księżniczka, ani wielka pani, że nie powinnam grymasić, że i tak nie jestem bardzo ładna, a za kilka lat nikt na mnie nie spojrzy... że pan Adam jest dobry chłopiec i z porządnej rodziny, a że nie posiada wysokiej nauki — to nie racya, bo z nauki ludzie wielkich zysków nie mają, a niezależny kawałek chleba jest podstawą szczęścia — i tysiące, tysiące podobnych argumentów... Ciocia jest bardzo za-