Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/171

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szany, zakłopotany; chce coś powiedzieć, a nie wie od czego zacząć... Powiadam ci, że wyglądał bardzo zabawnie... Nareszcie zdobywa się na odwagę, i w obecności cioci, oświadcza się o moją rękę. Ja sama nie wiem, czy mam śmiać się, czy płakać ze złości, ciocia zaś dziękuje mu za niespodziewany zaszczyt, ale zarazem tłómaczy, że jestem bardzo młodziutka, że musiałby czekać kilka lat... On zgadza się na wszystko, powiada, że będzie czekał nie kilka, ale dziesięć lat, byleby tylko otrzymał stanowcze przyrzeczenie... Widząc, że ciocia ciągle odpowiada wymijająco, a nie chcąc go łudzić i dawać mu prawa do przedłużenia tych nieznośnych konkurów — zdobywam się na energię i oświadczam stanowczo, że nie myślę zostać jego żoną i żeby sobie raz na zawsze wybił z głowy ten pomysł... Wyobraź sobie, mój pan Kaliciński rozrzewnia się — i płacze... Musiałam użyć najwyższego wysiłku woli, żeby się powstrzymać od śmiechu...
— Przepraszam, przerwę ci i opowiem jak dalej było... Kiedy ty zagryzałaś usta, żeby śmiechem nie parsknąć, on przybrał postawę tragiczną i przysiągł na popioły przodków i na wszelkie świętości, że życie nie ma już dla niego najmniejszego powabu i że od tej chwili zamknie się w klasztorze i pogrzebie się w ponurych ścianach celi — tylko wpierw sporządzi testament i ureguluje swoje interesa.
— Mówisz jakbyś była przy tem! Kto cię tak dokładnie poinformował? bo ani ciocia, ani ja, ani Wiktor, któremu opowiedziałyśmy tę tragiczną scenę...
— Z was nikt tajemnicy nie zdradził — ale ja