Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


cna, bardzo dobra kobieta, ale nie znosi, żeby jej się sprzeciwiać w czemkolwiek...
— Ale sądzę, że i ty również masz swoją wolę i w razie potrzeby potrafisz zdobyć się na energię. Co do mnie, nie pozwoliłabym, żeby kto rozporządzał mną, jak jakim przedmiotem...
— Tak ci się zdaje, moja Wandziu...
— Jakto, zdaje się?
— Są trudności, z któremi ciężko walczyć.
— Nie wszystko łatwe jest w życiu — rzekła Wanda z westchnieniem — jednak żyć trzeba i z trudnościami łamać się ciągle; inaczej życie nie byłoby życiem, ale marną wegetacyą tylko... Nie należy się przeto trudnościami zrażać, ani też walki się lękać.
— Otuchę wlewasz we mnie — rzekła zamyślona Julcia.
Dziewczęta umilkły. Powóz toczył się szybko po drodze, gdyż chmura wypłynęła na niebo — trzeba było przed deszczem uciekać.
Istotnie, zaledwie ekwipaż zatrzymał się przed dworkiem w Kalinówce, lunął deszcz rzęsisty...
Gromada chłopów, znajdująca się na dziedzińcu, rozpierzchła się natychmiast. Rozbiegli się do obór, do stajen. Kilku wcisnęło się do ganku; inni do kuchni poszli — dwaj zaś, nie uważając na ulewę, podążyli ku wsi.
Przed karczmą, pod okapem, stało jakieś indywiduum, w podartym, zaplamionym paltocie, w czerwonym szaliku na szyi, z twarzą bladą i obrzękłą, na której złe życie zbyt wyraźne pozostawiło ślady.