Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jedzie, on będzie w karczmie siedział, on poczeka. Jak się zrobi ogień, to wszystkie chłopy tam polecą, a ten co wspólnik jest zostanie, to Jankiel zobaczy, który to zostanie? Drugi wspólnik, jak ogień zgaśnie, ma do karczmy przyjść, to Jankiel zobaczy, który to przyjdzie, a jak Jankiel zobaczy, który przyjdzie, to już będzie wszystko wiedział, wszystko wypatrzy i wysłucha. My tak uradzili, tylko nie wiedzieliśmy gdzie będzie ogień. Czekaliśmy, czekaliśmy może godzinę, może półtorej godziny; aj waj, wierz mi pan dobrodziej, że to było długie czekanie, no i doczekaliśmy się. Ludzie powiadają „Kalinówka się pali!“ zaczęli wychodzić przed karczmę, dużo pojechało do ognia. Ja też zaraz siadłem na biedkę i przyleciałem tutaj, ja oglądałem się dobrze po stronie, czy co nie zobaczę, ale nic nie widziałem.
— Panie Żarski — odezwał się również cicho Mirkowicz — wartoby wziąść kilku ludzi i pojechać do owego suchego rowu przy pastwisku.
Żarski nie dał sobie dwa razy powtórzyć.
Wskoczył na konia Mirkowicza, skinął na fornali, i nim Jojna zdołał krzyknąć: aj waj! już był za folwarkiem.
— Czego pan krzyczysz? — spytał Mirkowicz,
— Czego ja krzyczę? ja wiem czego ja krzyczę! Jak tego łajdaka przyprowadzą, a on mnie tu zobaczy, tom ja zginął! już mnie niema, oni mi dom podpalą, oni mnie gdzie w drodze zabiją!
— Ależ czekaj że, nie bój się...
— Co ja mam czekać? na co ja mam czekać, kto to chce czekać na śmierć?