Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dobry słuch. Oni tak mówili: ty Franek, jak to zrobisz to uciekaj w krzaki, ale zaraz uciekaj, nim będzie widno, i nie leć przez pole, bo mogliby cię zobaczyć, tylko kładź sobie w suchy rów, co jest za pastwiskiem i leż, póki nie zagaśnie, a jak zagaśnie, to zaraz przychodź tu nazad, a ja będę w karczmie siedział, żeby mnie ludzie widzieli, a skoro się kto spyta o ciebie, to powiem, żeś całkiem upity i leżysz za stajnią. Oni jeszcze trochę gadali, ale cicho, a potem to ja usłyszałem takie słowo: jak się już wszystko skończy, to pójdziemy niby do domu, ale w lesie trzeba poczekać, ja wiem, powiada, że Jankiel pojedzie po okowitę z pieniędzmi... On, powiada, będzie miał dużo pieniędzy koło siebie... Więcej to ja już nie słuchałem, bo oni poszli, a Jankiel mało nie umarł ze strachu.
— Trzeba było zaraz wybiedz za nimi, gonić!
— Przepraszam wielmożnego pana, nie było trzeba tak robić, coby przyszło z tego gonienia?
— Więc cóżeście zrobili?
— My poszliśmy z Janklem do alkierza i myśmy sobie trochę pogadali. Chłopów w karczmie było pełno; jedni wchodzili, drudzy wychodzili, czy ja mogłem zgadnąć, którzy to byli za stajnią? Jeden mówił do drugiego „Franek“, to prawda; ale proszę wielmożnych panów, w każdej wsi, co trzeci chłop to z pewnością Franek. Myśmy zrobili inaczej.
— I cóżeście zrobili?
— Całkiem nic, a bardzo dużo. Oni naradzili się, że mają podpalenie zrobić, niech oni podpalą; my poczekamy; Jankiel miał jechać po okowitę, on nie po-