Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szkapie kłaczek siana, a sam wstąpiłem do propinatora. Wielmożny pan go zna.
— Jankiel?
— Tak, Jankiel Bas, porządny kupiec, osoba! My gadali o tem o owem, jak wiadomo, każdy ma swoich interesów, tymczasem w karczmie było trochę narodu, też z jarmarku. Jankiel kupił cielęta, całej parady cztery cielęta, chciał mi je odstąpić. Wziął latarnię i poszliśmy do stajni, żeby ten towar zobaczyć, tymczasem świeczka nam zgasła. Ja chciałem iść do izby zapalić, a Jankiel ciągnie mię za kapotę, powiada „sztile, sza“, tam za ścianą ktoś jest,
— Kto?!
— Ja też sobie pomyślałem, kto? Tymczasem Jankiel znów mnie pociągnął za kapotę, i mówi: sza. Nu, ja byłem sza. Czasem dobrze jest wiedzieć, że za ścianą ktoś stoi, a jeszcze lepieć wiedzieć co on myśli. To już wypraktykowany interes, stary jak świat, ale dobry. Latarnia była zgaśnięta, a ci co stali za ścianą byli, jak ja miarkuję, trochę pijani, i przez to nie mogli wiedzieć, że czasem ściana ma uszy...
— Któż to był? — spytał Żarski.
Jojna obejrzał się na wszystkie strony, zniżył głos jeszcze bardziej i szeptem prawie mówił:
— Ja wielmożnym panom co powiem, to byli dwa łajdaki, to byli wielkie gałgany...
— Ależ kto, jak się nazywają?
Ja nie wiem jak oni sobie nazywają, ale Jankiel niedługo będzie wiedział, co oni za jedni. Oni mówili do siebie bardzo cicho; ale my mamy, Bogu dziękować,