Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z temi słowy Jojna, jednym susem znalazł się na biedce i z miejsca zaczął bez miłosierdzia okładać szkapę batogiem,
— Czekaj-żeż, Jojna! — zawołał Mirkowicz.
— Na co? po co ja mam czekać? — odrzekł żyd, szarpiąc lejcami i galopem uciekł od pogorzeliska. Nie pojechał przez wieś, gościńcem, lecz od mostu skręcił w boczną drożynę i zniknął w cieniach nocy.
Ludzie dogaszali ogień, Mirkowicz udał się do dworu.
— No, dzięki Bogu — rzekł, wchodząc — że się tylko skończyło na jednym budynku, cały folwark mógł łatwo pójść z dymem.
— Nieszczęście, nieszczęście — rzekła ciotka, wyciągając ręce do Mirkowicza. — Niech panom Póg nagrodzi, żeście nie opuścili nas w tym wypadku, co do mnie, straciłam głowę zupełnie.
— I ja się okropnie przelękłam — dodała Julcia — siedziałyśmy z ciocią w pokoju, wtem nagle zrobiło się tak widno jak w dzień. Wiktor natychmiast wybiegł, a my nie wiedziałyśmy co robić. Ciocia zaczęła układać rzeczy, chciała wszystko wynosić, a ja biegałam po wszystkich pokojach, modliłam się. Dopiero pan Kaliciński przyjechał i uspokoił nas trochę. Doprawdy poczciwych mamy sąsiadów; podobno i pan Marcinkowski przysłał ludzi na pomoc, pan Mirkowicz sam przyjechał, a pan Kaliciński przybył tu chyba lotem ptaka.
— Istotnie — wtrąciła ciotka — niespełna w kwadrans po wypadku pan Kaliciński był już tutaj. Przypuszczam, że musiał pan być chyba bardzo blizko?