Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rękami drżącami jak w febrze, zaczęła wrzucać do wielkiego kufra szklanki, serwetki, filiżanki, gorący jeszcze samowar, do tego wszystkiego wpakowała kota, który jej się na nieszczęście pod rękę nawinął i zamknęła kufer na klucz. Biednej kobiecie zdawało się, że najcenniejsze rzeczy ratuje...
Julcia biegała po wszystkich pokojach, załamując ręce, a Wiktor, jak stał, w leciutkim surduciku, pomimo, że noc chłodna była, wybiegł na folwark.
Żarski przerażony przybiegł, zjawili się fornale i parobcy. Dziad kościelny w dzwony na gwałt uderzył, chłopi ze wsi się zbiegli.
Z sąsiadów pierwszy przybył Kaliciński, który mieszkał najbliżej. Nie żałował ostróg olbrzymiemu swemu koniowi i wpadł na dziedziniec Kalinówki jak uragan.
Niebawem nadjechał z ludźmi Mirkowicz, z Zagórowa pan Marcinkowski przysłał sikawkę i kilku parobków, pod wodzą ekonoma.
Gdy ci dobrzy ludzie z narzędziami ratunkowemi przybyli, właściwie już nie było co ratować. Drewniana stodoła płonęła jak zapałka, a wszystkie wysiłki zwrócono na zabezpieczenie innych budynków. Na wszystkich dachach siedzieli parobcy, z miotłami na długich obsadzonemi drągach i zmiatali padające iskry, z sikawek oblewano ściany i dachy stajen, owczarni, obór i starano się aby ogień nie przerzucił się na inne budowle,
Ratunkiem kierował Żarski. Wiktor biegał po dzie-