Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rękami rozrzucałaby płonące belki, że wyczerpałaby wszystką wodę z rzeki, aby ten pożar ugasić. Przecież widziała już kilka razy szalejący ogień, bolała nad ludzkiem nieszczęściem, ale nigdy żaden pożar nie wydał jej się tak przerażającym i groźnym, żaden nie napełnił ją taką trwogą. Zdawało się, że ta łuna, która plamą czerwoną roztoczyła się na niebie, okrwawia cały świat, że wszystko płonie i rozpada się w gruzy i zdawało jej się, że cała atmosfera przepełniona jest dymem gryzącym, takim dymem, co to oddech tłumi i łzy z oczów wyciska; że wiatr roznosi na wszystkie strony gorejące głownie i iskry.
Chciała usiąść i odwrócić oczy od tego widoku, chciała je zasłonić rękami, ale napróżno, jakaś siła niewidzialna ciągnęła ją do okna, kazała patrzeć na krwawą plamę na niebie, z gorączkowym niepokojem śledzić wszystkie zmiany jej odcieni.
Oto zdaje się, że łuna blednie cokolwiek, że się zmniejsza, zmniejsza, przechodzi całą gamę blasków coraz słabszych, gdy nagle, niespodzianie zupełnie, nowa fala ognia napływa, jeszcze czerwieńsza, jeszcze bardziej krwawa, niż przedtem.
Za lasem, w Kalinówce, krzyk i zamięszanie. Płonie najpiękniejsza stodoła; nie wiadomo zkąd, jakim sposobem ogień powstał. Ludzie już spać poszli, Każdy był na swojem miejscu, nikt ognia przecież nie zaprusył.
We dworze jeszcze nie spano. Gdy ogień wybuchnął, ciotka straciła głowę i w największym pośpiechu,