Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja nie długo powrócę — rzekł do córki — i proszę nie lękaj się, pożar na wsi to zwyczajna rzecz...
— Gdzie się pali? Gdzie to się pali? — pytała w najwyższem przerażeniu, ale ojciec już był za bramą.
Na dziedzińcu stało kilka kobiet i stróż folwarczny, wysłużony weteran, który już pracować ciężko nie mógł, więc nocami budynków pilnował.
— Gdzie się pali? Wawrzyńcze, gdzie to się pali? — spytała starego.
Chłop wzrok do góry podniósł, popatrzył na łunę uważnie i rzekł, po chwili namysłu.
— Toć za lasem się pali, panienko.
— Ale gdzie, w jakiej wsi? Powiedzcie.
— Kto je tam wie, panienko wielmożna, ogień to zwodzący jest, czasem się widzi, że niby bliziutko, a on het, het za dziesiątą wsią będzie. Żeby nie las, to by można zmiarkować.
— Ale jak wam się zdaje? W Kalinówce?
Chłop znowuż na łunę popatrzył.
— Bo i pewnie — odrzekł. — Ono tak patrzy jakby na Kalinówkę.
Wandzia wbiegła napowrót do pokoju. Serce jej biło szybko, ciałem dreszcz wstrząsał. Przyszedł jej na myśl fantastyczny obraz widziany przed chwilą. Nie wątpiła już, że w Kalinówce nieszczęście. Co się pali? Dwór, czy zabudowania? Czy ludziom co nie grozi, czy ratować się mogą. Czemuż nie może pobiedz tam lotem ptaka? Zdaje jej się, żeby własnemi