Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i kodeks tych praw nieubłaganych, które światem rządzą. Oskarża oczywistość zimna, sarkastyczna, złośliwa, słowa jej ranią jak sztylety. Oskarżony stoi smutny, ze spuszczoną głową, w oczach jego drgają łzy, podnosi wzok do nieba, jak gdyby na świadectwo je wzywał i powiada:
— Jam chciał dobrze!
Wandzia czuje, że jej wszystka krew spływa do serca, chce biedz przed sędziów, chce wołać: stójcie, nie potępiajcie go! on niewinny, ale wyrok już zapadł.
W oczach robi jej się krwawo — przebudza się.
Szeroko otwartemi oczami spogląda w przestrzeń ale cóż to? Z po za lasu mignął jakiś blask czerwony, wzmaga się, rośnie, krwawą plamą znaczy się na niebie.
Czy to sen, czy jawa, złudzenie, czy rzeczywistość?
Nie; to nie złudzenie, krwawa plama powiększa się i jak wezbrana fala, rozlewa się po niebie, z za lasu widać płomienie, a nad niemi obłoki dymu zwijają się w kłęby potworne.
To rzeczywistość, to pożar! pali się właśnie za lasem, pali się w stronie Kalinówki.
Czyżby spełniano już wyrok?
— Ojcze! ojcze! — zrywa się Wanda z przerażającym okrzykiem i wybiega na dziedziniec.
Ale ojciec pierwej dostrzegł wypadek, zgromadził ludzi, wzięli naprędce narzędzia ratunkowe.
Sam na konia wsiadł.