Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


książki; przypominało jej się jak od czasu przychodziły listy ze stron dalekich od ojca, a ona te listy jak pamiątki najdroższe przechowywała, przypominała jej się chwila, kiedy ojciec, tak dawno niewidziany, przyjechał i zabrał ją z sobą do Białowód, w to ciche, a tak piękne ustronie, gdzie niebo bardziej modre, drzewa zieleńsze się zdają. Tam przeszło jej lat kilka cicho, spokojnie; bez trosk i bez wrażeń głębokich. Ale oto nareszcie rysuje się w duszy rozmarzonej dziewczyny dworek w Kalinówce, a w nim blady, wysmukły poeta, o oczach, w których dziwne blaski migocą. Mówi tak pięknie o wielkiej, bezbrzeżnej miłości, którą jedno serce ludzkie może objąć świat cały; opowiada o braterstwie ludzi, o wzniosłem posłannictwie tych, którym los dał możność karmienia głodnych, napawania spragnionych, nauczania nieumiejących. Ona słucha tej mowy dźwięcznie brzmiącej, słucha sercem, duszą. Zda jej się, że rzuciłaby wszystko, wyrzekła się tego co świat daje i dać może i poszła z tym marzycielem szlachetnym między ubóstwo i nędzę, między ciemnotę i dzikość, niosłaby światło w ciemnocie, ożywcze ciepło tam, gdzie chłód lodowaty panuje. Ale cóż to? Nagle obraz się zmienia; marzyciel poeta smutnie zwiesił głowę, prowadzą go przed sąd. Cóż to za sąd szczególny? Przed czarną ścianą sosnowego boru zasiada, łąka mu kobiercem, niebo groźnemi chmurami pokryte sklepieniem. Przy ogromnym stole zasiadają sędziowie groźni, poważni. Starcy, doświadczeniem bogaci, pomarszczyli czoła i słuchają. W ich oczach niema litości, ani sympatyi dla oskarżonego. Przed nimi waga