Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


a folwarkiem ułożyły się doskonale, co naturalnie nie było bez wpływu i na bliższe okolice tej wioski. Czy masz pojęcie co się tam dzisiaj dzieje? Oto im bardziej pan Wiktor patrzy przez szpary na nadużycia, na szkody, tem niezadowolenie wśród włościan jest większe. Jeden bierze sosnę z lasu bezkarnie, drugi wpędza swoje bydło w łąki dworskie i widzi, że mu to na sucho uchodzi, więc trzeci i dziesiąty z tych, którzy szanowali dotąd cudzą własność, czuje się pokrzywdzonym. Jak to? rozumują chłopi, jak to? Jan wziął to, Piotr tamto, Michał dziesiąte, dla czego ja mam być gorszy? Dla czego ja nie mam brać, kiedy można? I zaczyna się branie na wszystkie strony, znika granica pomiędzy własnem a cudzem, budzi się pożądliwość i chciwość. Ucieka spokój, zaczynają się waśnie. Obecnie, jak się dowiaduję, osiedlił się już w Kalinówce i jakiś pokątny doradca, który nie będzie zapewne tracił czasu napróżno i potrafi zbałamuconych ludzi na swoją korzyść wyzyskać. Otóż masz następstwa, masz fakta, których wymowa jest bardziej przekonywająca, niż wszystko. Żarski budował przez dwadzieścia lat z górą, a ten wszystko w jednym roku zepsuł...
— Boleśnie słyszeć takie oskarżenie — rzekła Wanda.
— Zapewne; zwłaszcza, gdy sympatya nasza jest po stronie winowajcy — wtrącił z dobrotliwym uśmiechem — przekonaj się teraz, że pomiędzy marzeniami naszemi a rzeczywistością jest olbrzymia różnica; że nie można opierać poważnej pracy na mrzonkach. Wracając zaś do kwestyi, o której chciałem z tobą po-