Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cóż ma robić, moje dziecko; na każdym kroku spotyka przeszkody. Widzi, że to co przez tyle lat budował, upada; nie chce więc przyjmować na siebie odpowiedzialności za cudze błędy i odchodzi szukać nowego kąta na starość.
— Nie wiedziałam nic o tem.
— Tak, tak, moje dziecko. Syn jego został już lekarzem i ma osiedlić się niedaleko od nas, w miasteczku. Poczciwy chłopak, pragnął oboje rodziców wziąść do siebie i zapewnić im kawałek chleba na stare lata. Żarski nie chciał jednak przyjąć tej ofiary i postanowił poszukać sobie obowiązku, pracować dopóki siły służą, ale żona jego, chorowita i osłabiona, osiądzie przy synu, gospodarstwo prowadzić mu będzie. Ale to jeszcze najmniejsza rzecz, na której pan Wiktor tylko traci, bo Żarski posadę znajdzie zaraz, a jej, to jest pani Żarskiej, należał się oddawna wypoczynek i odetchnienie. Są jednak gorsze następstwa gospodarki pana Wiktora, następstwa, które nam wszystkim dać się mogą we znaki...
— Przerażasz mnie ojcze! cóż mógł on zrobić takiego?
— Co mógł zrobić? Powiadasz przecie, że chciał jak najlepiej; ale ja nie badam tego co on zamierzał, mówię tylko o tem, co zrobił.
Wanda westchnęła smutnie.
— Powiedziałem ci, moje dziecko — ciągnął dalej ojciec — że dzięki taktowi Żarskiego, jego umiejętnemu postępowaniu, sprawiedliwości i szczeremu przywiązaniu do ludu, stosunki w Kalinówce, pomiędzy wsią