Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mówić, a która ciebie bezpośrednio, a mnie ze względu na ciebie zajmuje...
— O nie! nie ojcze — rzekła z mocą, już nie wracajmy do niej...
— Co? Nie rozumiem cię, Wandziu; czyżby nagle sympatye twoje wzięły inny kierunek.
— Nie, nie, mój ojcze, ale chciałabym, żebyśmy do jakiegoś czasu przynajmniej nie wszczynali o tem rozmowy.
— Do czasu?
— Dopóki ja sama ojcu nie powiem. Czy zgadzasz się na to, mój drogi, najlepszy ojczulku!
W odpowiedzi Mirkowicz dotknął ustami czoła córki, a ta ujęła jego rękę i złożyła na niej długi, serdeczny pocałunek, poczem szybko opuściła bibliotekę i udała się do swego pokoju.
W oczach jej błyszczały łzy, a do głowy cisnął się rój myśli. Otworzyła okno na oścież; fala świeżego powietrza, przepełnionego balsamicznem tchnieniem lasów i łąk wonią, chłodziła jej czoło, muskała skronie.
Dziewczyna usiadła przy oknie. Zapatrzona w gwiazdy, jaśniejące już na horyzoncie, rozmyślała o rozmowie z ojcem. Potem zasłoniła oczy białemi rączkami i pogrążyła się w głęboką zadumę...
Sama sobie dobrze nie zdawała sprawy ze swego stanu, a w myślach jej przesuwać się zaczęły różne obrazy. Zdawało jej się, że widzi matkę, którą utraciła tak młodo, następnie pensyę, wesołe uśmiechy towarzyszek, dobrotliwą twarz przełożonej, nauczycielki,