Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Natychmiast pójdę ojca pańskiego odwiedzić — rzekł Wiktor, wstając.
— Niech się pan nie trudzi — odpowiedział młody Żarski — ojciec przed chwilą usnął, może mu to ulgę przyniesie.
To rzekłszy, ukłonił się i chciał wyjść. Ciotka uprzejma zawsze gospodyni, nie pozwoliła na to.
— A, tak się nie godzi — rzekła — zaledwie raz i to przypadkiem, znalazłeś się pan u nas i już chcesz uciekać.
Żarski wymawiał się, że musi chorego ojca pilnować, ale w końcu uległ prośbom uprzejmej gospodyni i został. Naturalnie, rozmowa zwróciła się na inne tory. Julcia, ciekawa różnych szczegółów z warszawskiego życia, dopytywała się o nie. Student rozpowiadał poważnie, ale z łatwością. Przy tej sposobności Julcia zauważyła, że pan Jan, bo takie imię miał syn Żarskiego, ma bardzo rozumne oczy i że wysławia się z wielką łatwością i wdziękiem.
Młody Żarski już kończył nauki, za kilka miesięcy, po zdaniu ostatnich egzaminów, miał otrzymać patent na lekarza i rozpocząć praktykę.
Rozmowa o Warszawie przeciągnęła się dość długo. Kaliciński widząc, że już dziesiąta, pożegnał towarzystwo i, dosiadłszy swego Zefira, odjechał.
Olbrzymi koń puścił się ciężkim galopem, aż ziemia pod nim jęczała, chart pomknął naprzód i zniknął w ciemności.
W kalinowskiej karczmie do późna trwała dysputa, chłopi krytykowali postąpienie Wiktora; jedni