Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom VI.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mamy swój malutki zakres działalności, nie wychodzimy z niego. Uszlachetniajmy się nawzajem, niech każdy w otoczeniu swojem, w malutkiem kółku, w którem się obraca, rozrzuci możliwie największą ilość światła, dobra, szczęścia. Niech stworzy, jeśli to możliwe, miniaturowy raj w swojem kółeczku, a postać całej ludzkości się zmieni, nie będzie upadku, nędzy, podłości, ani zbrodni.
— Śliczne teorye, jak Pana Boga kocham — rzekł Kaliciński, wąsami ruszając.
— Tak, ale pan w możność ich wykonania nie wierzysz?
— Istotnie, jeżeli mam prawdę powiedzieć, to widzę niejaką wątpliwość.
— A ja wierzę, ja wierzę w ludzi, wierzę, że w nich dobry pierwiastek przeważa, tak jak wierzę w to, że słońce świeci nad ziemią. Czas pokaże, kto się myli, ale ja jestem pewny swego; przekonacie się.
Nie dokończył, gdyż do pokoju wszedł młody człowiek, w studenckim mundurze, ukłonił się paniom i zbliżywszy się wprost do Wiktora, rzekł:
— Przychodzę przeprosić szanownego pana, że ojciec mój przyjść dziś nie może, jest cierpiący i musiał się położyć.
— Cóż jest panu Żarskiemu? — zapytała ciotka z niepokojem.
— Nie wiem, proszę pani, ból głowy, trochę gorączki, wogóle już od kilku dni nie domaga, prawdopodobnie zaziębił się.