Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/294

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Powiadam ci, że ja, przekonasz się...
— Zobaczysz, że ja!
— Zobaczymy... zobaczymy...
To rzekłszy, pan Inocenty z trudnością podźwignął się z fotela, postawił fajkę w kącie i wzdychając ciężko, kaszląc, wydobył z kieszeni portmonetkę i kluczyki i położył na stoliku przy łóżku.
— Mężu — odezwała się pani — czy mi się zdaje, czy ktoś jest w przedpokoju.
— Ale zdaje ci się, ktoby mógł być!
— Wyraźnie słyszę że ktoś chodzi, może złodziej, trzeba się jednak zapytać: Hej! kto tam?
— To ja, proszę cioci — dał się słyszeć głos z przedpokoju — ja, Florek...
— W imię Ojca! a ja go wzięłam za złodzieja. Chodźżeż tu i wytłumacz nam to dziwne zjawisko, że przed jedenastą powróciłeś do domu. Od czasu, jak u nas mieszkasz, jeszcze ci się to nigdy nie przytrafiło. Oh! młodzież teraźniejsza! młodzież! Ładne chłopczyki!... w armatę wszystkich nabić i wystrzelić.
Do sypialni wbiegł młody człowiek, po balowemu ubrany, w ręku trzymał jasne rękawiczki i szapoklak.
— Mężu! — zawołała pani Róża — patrzaj-no. Florek we fraku! Czy z balu powracasz?
— Gorzej jeszcze, kochana ciociu — odrzekł, całując ją w rękę, ja się na bal wybieram...
— Teraz!?
— Przecież jeszcze nie ma jedenastej. Przed pół godziną przyszedłem do domu, przebrałem się i chciałem wyjść pocichutku, ale ciocia ma wyborny słuch...