Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To kombinacje, kombinacje, moja Róziu; wyższa matematyka, powiedziałbym że prawie algebra.
— Musi to być strasznie niedorzeczna nauka ta algebra, skoro jej do gry w karty używają.
— Kobieto! co też tj mówisz, przecież ministrowie nawet grywają w karty! Ja sam pamiętam, jak przed laty... ileż to? a no, będzie ze dwadzieścia dwa, był tu dyrektor główny prezydujący...
— Wiem, wiem... Główny i prezjdujący i grał w karty; dlatego, że był taki sam safanduła, jak wy wszyscy, tylko o kilka klas wyższy urzędem... Ale co tam, kończ już tę fajkę nieszczęśliwą i idź spać... Narzekasz żeś słaby, a siedzisz do późnej nocy, niewiadomo po co! Już jest wpół do jedenastej, a dla ludzi w twoim wieku sen przed północą jest najbardziej pokrzepiający... a sen, mój kochany, to ważna, bardzo ważna rzecz.
— Wiem o tem, tem bardziej, że bezsenność mnie trapi.
— Co ciebie nie trapi, mój mężu! i apetytu także nie masz. Dawniej jadałeś kolację, dziś o czystej herbatce chodzisz spać. Czy to dobrze, czy zdrowo?
— Ha! cóż robić? starość nie radość... Psuje się maszyna z każdym dniem, coraz to inne kółko obluzowywa się w niej...
— Istotnie, ciężka jest starość; nie ma zdrowia, nie ma humoru... nic nie ma. Jestem przekonana, że tj mnie niedługo pochowasz...
— Róziu! Róziu, nie mów tak, na Boga! przecież ja jestem znacznie starszy... więc z brzegu.