Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/292

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Wynajdziemy sobie domeczek z ogródkiem, z dużem podwórkiem, zabudowaniami. Kupię ci, panie dobrodzieju, krówkę; będzie świeżutka śmietana, ty nahodujesz kurczątek, ja nasieję sałaty...
— Aha, zachciewa ci się kurczątek z sałatą!
— Naturalnie, przecież będziemy mieli swoje własne... Powiadam ci, że nie masz to jak być emerytem i mieszkać w małem miasteczku. Domeczek z ogródkiem...
— Koniecznie z ogródkiem?!
— Spodziewam się. Będę w nim sam pracował, a to bardzo dobrze robi na zdrowie. Będę, panie dobrodzieju, grabił, kopał.
— Jakże będziesz kopał, przy takiej tuszy, toż ty się schylić nie możesz!...
— To nic, każę obsadzić rydel na bardzo długim kiju, a zresztą, przy pracy fizycznej pozbędę się tuszy.
— Daj to Boże... bardzo bym pragnęła, żebyśmy mieszkali w małem miasteczku.
— O tak, tak moja Róziu, życie wygodne, a jeszcze dla emeryta, i bez żadnych obowiązków, bez odpowiedzialności, spokojne... Można sobie towarzystwo też dobrać i raz na tydzień pulkę urządzić, wszystko można...
— Eh, tobie tylko zawsze pulka w głowie i wiecznie o niej myślisz. Doprawdy, nie rozumiem, co za przyjemność wędzić się w nieznośnym dymie cygar i kłócić się tylko o jakieś tam głupie piki, albo trefle...
— Ty tego nie rozumiesz, duszko...
— Spodziewam się, że nie rozumiem!