Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jak cię kocham Róziu; aż mi się zimno robi na myśl, że jutro trzeba pójść do biura.
— Bo też, doprawdy, dziwny jesteś z tem biurem — odrzekła pani, zawiązując mocniej chustkę na głowie. — Tyle razy ci mówię: rzuć, podaj się do dymisyi, wysłużyłeś już trzydzieści szesć lat, na co więc czekasz?
— Szkoda, widzisz, jeszcze cztery latka, a będzie całkowita emeryturka. Słyszysz, Róziu, całkowita! — Ba, cztery latka! Tak ci się zdaje, palcem nie przekiwać, a zdrowie twoje rujnuje się ciągle, mój biedaku.
— Oj, prawda, święta prawda! Nie rozumiem co się ze mną dzieje. Duszność ciągła, jak wejdę na drugie piętro, to już tchu złapać nie mogę; reumatyzm wierci w ramieniu jak świdrem, a prócz tego brak apetytu, bezsenność, kaszel, osłabienie...
— I ja nie mam się lepiej, mój kochany... Głowa wciąż boli, w boku coś dokucza, a osłabiona jestem tak, że ledwie chodzę.
— Czekaj, czekaj duszko, już niedługo; jeszcze te cztery lata, a potem...
— Ciekawa jestem co potem, jeżeli przedtem, nim owe kochane cztery latka upłyną, zrujnujemy się na zdrowiu do reszty.
— Hm... może tak źle nie będzie, ale słuchaj, Róziu: gdy owe cztery latka przebiedujemy, wyniesiemy się na prowincyę, do małego miasteczka.
— O, tak! bo to nieznośne mieścisko już mi kością w gardle kością stoi.