Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/295

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— To z osłabienia, z osłabienia, bo powiadam ci, taka jestem chora, że nie masz pojęcia.
— I dokądże idziesz balować, mój Florku? — zapytał pan Inocenty.
— Do państwa Marzyńskich.
— Aha rozumiem, Sabinka w oko ci wpadła, ale co ci po tem? Sam ledwie masz co jeść, a o żonie już myślisz. Nie lepiej to w domu siedzieć, aniżeli latać po balach.
Pani Róża wzięła Florka w obronę.
— A dziwne bo masz wymagania, mój mężu. Przecież Florek ma dwadzieścia pięć lat dopiero... kiedyż więc ma się bawić, jak nie teraz? Że idzie do Marzyńskich ślicznie robi, wolę że się zabawi w przyzwoitem towarzystwie, aniżeli miałby czas spędzać w handlu przy obrzydliwem piwsku i w kompanii, w której panuje zupełna swoboda. Właśnie, jeżeli co mogłam Florkowi zarzucić, to to, że zamało bywa w towarzystwach, że nie tańczy...
— To moja słaba strona, ciociu, wada, z której się już chyba nigdy nie wyleczę.
— Jakto nie wyleczysz się! Co to ma znaczyć?
— Niestety, to bardzo źle znaczy. Nie będę podobno nigdy w życiu tancerzem i w balecie nie zrobię kary ery.
— Któż mówi o balecie?! — odezwał się wuj — ale salonowe tańce znać powinieneś, to obowiązek młodego człowieka.
— Kiedy nie mam do tego najmniejszych, a najmniejszych zdolności.