Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Juści że ma — przytwierdził jakiś gość; — żydowski naród lekki, ale w sposobach bystry...
— Pewnie...
Młodzież entuzyazmowała się... Panna młoda „jak jagoda” otarłszy łzy — niezbędne przy uroczystości weselnej — puściła się w pląsy... Pełna jej twarz, jak świeżo upieczona bułka, jaśniała zdrowiem, okazałe kształty ledwie mieściły się w obcisły stanik. Druchny były też przysadziste, „w sobie podufałe, a na gębach czerwone“ — a młodzież dorodna, w odwiecznego kroju tużurkach, w jaskrawych szalikach na szyi — pełna zapału i wielkiej do tańca zawziętości. Judka wiedział dobrze komu gra — i wydobywał najcenniejsze perły z lepszego repertuaru... tak dalece, że stary Sadłowski się wzruszył.
— Moja Małgoś — rzekł do żony — niech no pani dla muzykantów porządną kolacyą da... podług ich żydowskiego zakonu; niech sami wybierają, co im do smaku przypada.
— Pohulajcie sobie, żydy, żebyście pamiętali u Sadłowskiego wesele.
Podług żydowskiego zakonu, muzykanci urządzili sobie kolacyą, złożoną ze śledzi, jaj, obwarzanków, napili się wódki, herbaty z arakiem, piwa — dobrze im się zrobiło. Brumbas był tak kontent, że sam miał ochotę puścić się w pląsy, nie pamiętał bowiem, aby kiedykolwiek, jak żyje na świecie, nawet w największe święto, był tak najedzony jak teraz. Policzki mu poczerwieniały, oczy błyszczały jak u kota. Porwał swój