Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/254

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— No, ja nie mówię, ale widzi jegomość, Boruch to jest Borach, to osoba, ja mu nie mogę zrobić zawód, a skoro mam u niego jutro grać, to dziś potrzebuję trochę spać. Niech się jegomość nie gniewa — ja jegomości też wygodzę — zagram: będę grał do północy, niechby nawet godzinę po północy, a potem jegomość pozwoli nam się przespać w stodole i odeszle nas do Borucha. Czy to u jegomości brak woza, albo koni? Ha! ha! ja wiem, jegomośćby potrafił wpakować na swoje furmanki pół wsi, a co dopiero czterech marnych żydków, nawet nie czterech, tylko półczwarta, bo małego Chune nie można więcej jak za pół człowieka rachować.
Sadłowski był już dobrze podchmielony, a w takich razach żartować nie lubił i opozycyi nie znosił.
— No — rzekł — mój Judka, pókim dobry... zbieraj swoję czeredę i ruszaj do izby grać — a pięknie, po pańsku!
— Aj jegomość, jegomość kochany, dobrze. Ja będę grał, będę grał jak na hrabiowskiem, na książęcem weselu — byłem tylko jutro...
— Jutro będzie co Bóg da — a teraz marsz!
— Sy git, marś... polke-marś!.. — zakomenderował Judka.
Muzykanci usadowili się na ławce pod piecem i zaczęli grać zamaszyście, aż szyby drżały... Brumbas całą siłą pięści łomotał w tamburyn.
— Z tego małego niedowiarka — mówił szlachcic — będzie kiedyś znaczny muzykant, ma zamach dobry i pięść zdrową.