Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tamburyn, uderzył w niego kilkakrotnie z całej siły i zawołał:
— Ja pokażę swoję sztukę!
Dawid, który również doskonale się pokrzepił, rzekł po cichu do Judki:
— Mnie się zdaje, że powinniśmy grać do świtu. Samemi drobnemi od tych co tańczą jest już kilka rubli, Sadłowski też zapłaci, prowizyi obiecał...
— No... a co będzie z Boruchem?
— Będziemy grali u Borucha jutro. Czy my nie muzykanci, czy nam nowina nie spać?...
Judka był w wesołem usposobieniu, czuł w sobie dziwną siłę, zdawało mu się, że może nie jedne, ale dziesięć nocy z rzędu grać, jak nic — pomimo swoich siwych włosów, pomimo sześćdziesięciu lat życia.
— Szpil! — zawołał — Anszel szpil, Chune szpil... a trzęsiącego polkę!
Rozległy się tony trzęsącej polki, młodzież szalała... Kawalerowie rzucali muzykantom złotówki i dziesiątki, panny o nowe tańce prosiły.
— Nie ma co mówić — rzekł Sadłowski — godne żydy, umieją uszanować znaczny dom i wiedzą co grać.
— I pięknie grają.
— Na podziw! — dorzuciła stara, otyła szlachcianka, — sprawiedliwie, że przy takiej kapeli same nogi chodzą.
— A skoro tak — odezwał się Sadłowski — to i owszem, proszę.
I porwał gruby szlachcic okazałą jejmość i puścił się z nią regularnie od pieca, jako jest politycznie i mo-