Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Idziemy grać... na bardzo znaczne wesele... pewnie panowie słyszeli. Boruch córkę swoje jutro wydaje... już na pół drogi jesteśmy.
— A my właśnie po was jedziemy.
— Jakim sposobem po nas, kiedy my na wesele?
— I my także. Niech tam waszego Borucha! U nas dziś wesele.
— Jakto u was...?
— No — najbogatszy szlachcic we wsi, Sadłowski, córkę wydał, niedawno z kościoła wrócili... a pan młody zagapił sie, o muzyce przepomniał, więc my młodzież pojechaliśmy szukać muzyki... Dalej, siadajcie z nami... Jazda i grać tak, żeby w dziesiątej wsi słychać było!
— Moi panowie — prosił Judka — na drugi raz zagram z wielką chęcią, dziś nie mogę, w drogę idę, zamówiony jestem...
Zaczął się certować, wymawiać, ale z podochoconymi trudna była sprawa.
— Siadać, siadać — krzyczeli — nie bałamucić, póki po dobremu się prosi, bo jak się weźmie na moc, źle będzie! Żartów niema. Sadłowski dobrze zapłaci, my też zrzucimy się potrochu... nie byle kto jesteśmy... pieniądze mamy. Siadajcie żydy! Jasiu, Piotruś, zawracaj, a wy muzykanty grać! Żywo, bo...
Nie było rady. Judka, Dawid, Anszel i Chune z tamburynem wgramolili się na wóz i zaczęli grać nieśmiertelną „polkę-marsz”. Konie pędziły po błotnistej drodze jak szalone, a melodya rwała się ciągle i psuła, gdyż każdy dołek, każdy wybój robił w niej