Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Słyszę, ktoś krzyczy, niech on sobie krzyczy... pewno mu także zimno jest.
— Może to rozbójnik!
Krzyki wzmagały się, można było rozróżnić pojedyncze głosy, a jednocześnie słychać było turkot wozów i chlapanie kopyt końskich po błocie.
Brumbas przestał bębnić — muzykanci zbici w gromadkę przystanęli na drodze w niepewności co robić — czy uciekać, czy mężnie stawić czoło napastnikom? Judka i Dawid chcieli ukryć się w łesie. Anszel radził czekać — i przekonywał towarzyszów, że na ucieczkę jest jeszcze dość czasu.
Krzyki były coraz głośniejsze — przytem ktoś na całe gardło wyśpiewywał.
— No widzicie — rzekł Anszel — możemy być spokojni, kto słyszał żeby rozbójnicy śpiewali? To jest jakaś wesoła kompania — ona jedzie w swoją stronę — a my w swoją.
Poszli dalej, znacznie uspokojeni — a mały Brumbas z zimna, a poniekąd i z radości że ominęło go wielkie niebezpieczeństwo, zaczął bić z całej siły w bęben, akompaniując niejako śpiewającym.
Okrzyk radości odpowiedział z wozów.
— Muzyka! — wołano — muzyka! właśnie tego nam potrzeba!
Wozy zbliżyły się, kilku młodych, podochoconych chłopaków otoczyło muzykantów.
— Niechże was drzwi ścisną — zawołał jeden — toć to Judka, najlepsza kapela w naszych stronach! Dokąd wy idziecie?