Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/253

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nadprogramowe pauzy. Anszel stuknął się w zęby trąbką kilkakrotnie tak dotkliwie, że krzyknął z bólu, Brumbas upuścił w błoto tamburyn, ale go jakoś znaleziono szczęśliwie.
Dworek Sadłowskiego oświetlony był rzęsiścier przez otwarte drzwi od sieni buchała para jak z gorzelni... W izbach było duszno i ciasno, wyziewy przysmarzonego mięsiwa i spirytualiów napełniały powietrze.
Usłyszawszy muzykę, Sadłowski z gośćmi wybiegł przed dom.
— A Judka! — zawołał, ujrzawszy kapelmistrza — Judka! oto właśnie! Złaź żywo z woza, nie pożałujesz. Miarkuj że to nie u byle kogo, ale u Sadłowskiego wesele, nagrasz się dość... z przenosinami i z poprawinami trzy dni jak obszył, krzywdy nie będzie, pieniędzy nazbierasz jak lodu — a jak będziesz dobrze się sprawiał, to kartofli i kapusty dodam ile udźwigniecie.
— Aj, aj! — tłómaczył się Judka — jegomość doprawdy dziwne dziwa wyrabia, jegomość mi tu każe grać przez trzy dni — a ja muszę jutro w południe stawić się z muzyką na wesele Borucha.
— O, wielka rzecz!
— Panie Sadłowski, to naprawdę wielka rzecz... Boruch jest bogacz.
— E! kto tam jego bogactwo rachował; a przytem ja też nie pies, tylko szlachcic obsiedziały, śmieciami płacić nie będę — jeno pieniędzmi — honor swój znam, a skoro się rozchodzę, to potrafię sypnąć...