Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


prowadzili go Stróże transportem z dużego miasta do powiatu, do gminy.
Buty zdarł na szczęt w tej drodze.
Rano baba szkapę do woza zaprzęgła, sochę na wóz włożyła i pchnęła swego gospodarza ku polu, żeby orał. Orał do samego południa, w południe jeść mu przyniosła, zjadł i znowu orał do zmroku.
Do domu powróciwszy, szkapę obrządził, a nazajutrz rankiem znów do roboty się wziął, podług tego, jak mu baba kazała.
I tak ci dwoje, z których jedno mówić nie mogło, a drugie mówić nie chciało, porozumieli się odrazu, że on tu gospodarzem będzie, ona gospodynią, że on w polu ma robić, ona w domu... Porozumieli się i żyli pod jednym dachem. On bywało swoje robi, ona swoje... Za nim włóczy się ten pies ponury, ze łbem zwieszonym, także jakiś wyrodek. Wojtek, z kryminału wracajac, na drodze go znalazł, chlebem przywabił i ma w nim przyjaciela, też niemego.
Kilka lat pod kluczem, za kratami, na takiego chłopaka, ktoby się spodział? Zawsze spokojny, każdemu słowo dobre dał, przychylny dla wszystkich, uczyń ny, nikomu wody nie zamącił — a przecież...
W pół roku po ślubie, pojechał jednego dnia na zarobek do lasu. Zima była tęga i śnieżna, drogi doskonałe, a w sąsiedztwie żydzi las cięli, trzeba było wywozić sosny do bindugi nad rzeką. Buch był wielki, po rublu na dzień gospodarze zarabiali sprzężajem. Wojtek też chciał zarobić, ubrdał bo sobie, że skoro trzydzieści rubli zbierze, to swojej ślicznotce korale kupi — i tak mu to w głowę zajechało,