Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jak fura siana — dźwigał kloce, ruble zbierał i niewiele mu już brakowało, pięć czy sześć tylko... Byłby zebrał jak nic, bo się na odwilż nie miało, mróz trzymał ziemię jak w kleszczach...
Tego dnia wcześniej kloc nad rzekę przywiózł, złożył go i zaraz zawrócił do domu.
Spieszył się, bo i głód mu dokuczał i tęskno mu było do żony. Cicho podsunęły się sanie pod chałupę.
Świeciło się, słychać było śmiechy... Spojrzał przez okienko i zmartwiał... poczerwieniało mu w oczach.
Ekonomski synek obok jego żony siedział, radowali się i śmieli z głupiego chłopa, co kloce dźwiga, że by korale kupić...
Parę słów usłyszał... dość mu było... ani słowa nie rzekł... siekierę z sani wziął — wpadł do izby... jak piorun...
Ciął prosto w gładkie czoło, między oczy czarne, co się tak śmiać umiały, takim blaskiem świeciły...
Krew bryznęła aż na pułap, zalała mu twarz, sukmanę, ręce...
Szarpnął się, cofnął i drugi raz siekierę podniósł, ale ten, dla kogo cios był przeznaczony, zdążył uciec.
Wojtek wybiegł za nim, gonił go przez pole, zapadał w śnieg głęboki, znów się zrywał i gonił, lecz uciekający był lekki i zwinny, a Wojtek ubrany jak do lasu, w grubym kożuchu, w sukmanie...
Widząc, że nie dogoni, zatrzymał się, zamachnął siekierą i rzucił ją za zbiegiem. Warknęła mu tylko koło ucha i utkwiła ostrzem w pniu wierzby, tak mocno, że ją ledwie później wójt z sołtysem wydobył.