Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wieś gospodarz, gęby sobie napsuł, żeby mu to głupstwo z głowy wybić, nawet parę razy przemierzył mu po ojcowsku grzbiet kijem, ale i słowa były próżne i kij połamany nadaremnie.
Wojtek się uparł, ślub wziął i zabrał żonę do domu.
Chwalił się, że mu dobrze, że szczęśliwy i było tego raju pół roku... a później...
Gdy po trzech, czy czterech latach z kryminału powrócił, to już był bez rozumu, bez mowy. Stryj mu oddał zboże i pieniądze co przez ten czas zebrał, starą szkapę i krowę, a on spojrzał, ale ani stryja nie witał, ani dziękował, ani się nie odezwał do nikogo. Poszedł do swojej chałupy.
Że pusta była i nikt w niej nie mieszkał, więc owa starucha, niemowa, żebraczka, a podobno i czarownica, tu sobie gniazdo usłała.
Gdy Wojtek wszedł, odrazu znajmoość z nim zrobiła, pokazała mu na garnek, niby pytając, czy nie głodny — on głową kiwnął. Że to była pora jesienna, baba dała mu motykę do ręki, wyprowadziła z izby i pchnęła na ogród kn kartoflom.
Zrozumiał, ukopał kartofli, przyniósł do izby, przy kominie porzucił. Wtenczas baba dała mu do rąk kozik. Kiwnął głową, na ziemi usiadł, oskrobał te kartofle, a potem ręce myć zaczął... Starucha nie przeszkadzała mu, ugowała kartofle, postawiła na stole... trąciła go łyżką po ramieniu...
Siadł do jedzenia, pożywił się, potem padł na garść słomy i usnął, bo zdrożony był. Kawał drogi