Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czesław skłonił się i milcząc podał rękę panu inżynierowi.
— Niespodziewany gość — rzekła Stasia.
— Istotnie, nie miałem zamiaru być w Warszawie — odrzekł pan Adolf — przyjechałem przypadkiem w interesie służbowym.
— Spadkowym raczej — wtrącił Czesław.
— Nie wiedziałem nic o żadnym spadku, mama dopiero...
— Szczególne poczty macie na prowincyi. Zapewne gazety z przed tygodnia jeszcze nie nadeszły.
— Czy nadeszły, czy nie, jest to rzecz podrzędna... nie każdy zresztą ma tyle wolnego czasu, żeby mógł czytać wszystkie dzienniki od deski do deski... Przyjechałem odwiedzić matkę mojej żony i rodzeństwo; jest to obowiązek, który ani z gazetami wogóle, ani z tem co się w nich znajdować może, nie ma żadnej styczności.
— Obowiązek, zapewne...
— A naturalnie, każdy człowiek powinien spełniać swoje obowiązki, nic więcej, tylko obowiązki. Wszelkie tak zwane poświęcenia się, ofiary, są zupełnie zbyteczne. Niech tylko każdy pełni co do niego należy, a świat będzie zupełnie inaczej wyglądał jak teraz.
Czesław słuchał tej deklamacyi z ironicznym uśmiechem na ustach. Stasia zaczęła się krzątać koło kredensu, jedna tylko radczyni podtrzymywała rozmowę.