Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakto?
— No, może ma jakie wiadomości, może zasięgał informacyi, pytał się kogo? — Ale gdzież tam, powiada że nie wierzy i dość na tem.
— Rzecz szczególna — mruknął pan inżynier półgłosem, bo ten chłopak pomimo swoich wad zdradzał niekiedy wcale poważne usposobienie.
— Zresztą mniejsza o niego. Jest to chłopak samodzielny i energiczny. Niech sobie robi co chce, ale dla czego mi Stasię buntuje?
— Stasię?
— Tak jest. Co ja już łez wylałam, ile nocy niespanych przepędziłam z tego powodu. Wyobraź to sobie Adolfie, że Stasia całe dnie przepędza po za domem, daje, proszę cię, jakieś lekcye!
— Teraz to już zupełnie zbyteczne. — I ja to mówię, ale Stasia ani chce słuchać.
Powiada, że zrobiła zobowiązanie na rok cały i że nie może naruszyć umowy.
— To głupstwo! Ktoby się takiemi drobnostkami krępował. Kazać Stasi żeby nie chodziła na lekcye i dosyć. Dziwię się, że mama robi z tem jakieś ceremonie.
W tej chwili Czesław z siostrą weszli do pokoju.
— Adolf — zawołała Stasia. — Czy nie przywiozłeś listu od Janinki?
— Owszem, przywiozłem, oddałem mamie.
— Muszę go zaraz przeczytać.