Strona:Klemens Junosza-Wybór pism Tom II.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Tak, tak, masz racyę, kochany Adolfie — rzekła.
— Ja zawsze mam racyę, szkoda tylko, że nie każdy to rozumie; obowiązek, widzi mama, to jest grunt i podstawa wszystkiego, obowiązek to jest...
— Proszę państwa na herbatę — zawołała Stasia.
— Chodźmy — rzekł Czesław — przecież to także obowiązek...
— Mam do ciebie, moja Stasiu, prośbę — rzekł pan inżynier, zajmując miejsce przy stole.
— Prośbę? do mnie?
— Tak jest... prośbę w imieniu Janinki. Kiedym odjeżdżał, Janinka poleciła mi, abym mamę i ciebie zaprosił na parę tygodni do nas. Dobrze byłoby odetchnąć trochę po warszawskim zaduchu. Wprawdzie, że nie jest teraz lato, ale bądź co bądź, u nas na prowincyi czas o każdej porze dość przyjemnie przechodzi. Żyjemy z ludźmi, wiele osób bywa u nas...
— O! to mnie najmniej interesuje.
— Dla czego? — wtrąciła matka — młoda osoba nie powinna unikać towarzystwa.
— Zwłaszcza takiego, jakie u nas się zbiera — rzekł pan inżynier. Mogłabyś zrobić doskonałą partyę.
— Ja o tem myśleć nie chcę.
— Dziecko jesteś — odezwała się radczyni — co do mnie, przyjmuję z całą gotowością zaproszenie Adolfa. Doprawdy stęskniłam się już do Janinki i do wnuczków. Kiedyż moglibyśmy wyjechać?
— Jak mamie dogodniej, ale im prędzej tem lepiej. Ja mogę zabawić w Warszawie jeszcze dzień je-