Strona:Klemens Junosza-Wojtek Więcior.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Baba leżała w kącie na garści słomy, wyciągnięta, sztywna... Jedną ręką podłożyła pod głowę, drugą trzymała na piersiach. W chacie było zimno, na kominie ogień nie płonął, garnki stały na półce nietknięte, jak gdyby ich nikt nie potrzebował w tym domu...
Wojtek na babę patrzył, czekał, co mu każe robic.
Nic nie kazała.
Pies, ze zwieszonym łbem, wsunął się do izby, trącił Wojtka nosem w kolano, otarł się o niego i wyszedł.
Wojtek wysunął się z chałupy za nim... stanął na podworku, patrzył na niebo jasne, na drzewa. Kobyła w stajni, głodna, zarżała kilkakrotnie; mógł sądzić, że go woła, poszedł do niej, kłak siana za drabinę wrzucił, popatrzył trochę, ale że nie przyzwyczajony był w stajni siadywać, więc wrócił na dziedziniec, usiadł na pieńku i tak do późnego wieczora przesiedział...
Miał czas, baba żadnej roboty nie żądała od niego....
Szumiała woda, szemrał wiatr w gałązkach wierzby; wiosenny, prawie pełny księżyc na niebo wypłynął i patrzył na wody rozlane, a one mieniły się od tego spojrzenia, złociły się, srebrzyły, bladły, migotały, jakby je kto gradem błyszczących kamyków zasypał.
Wojtek powiódł wzrokiem dokoła i znać mu się przypomniało, że to, co tak jaśnieje, migoce się, mieni — to woda. Wyciągnął ręce przed siebie, jedną o drugą trzeć zaczął.