Strona:Klemens Junosza-Wojtek Więcior.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Myć je chciał...
Usiadł na stromym brzegu, nad wodą, nogi zwiesił i wpatrywał się w falę szumiącą.
I dziwne rzeczy widać zobaczył w tej fali, bo mu martwa zawsze twarz drgać zaczęła, usta wykrzywiły się boleśnie. Może dostrzegł białe czoło, oczy ogniste, śmiejące się usta... może mu się przypomniały korale... może pamięć wróciła, bo pochylił się nad wodą, krzyknął przeraźliwie i stoczył się w głębinę...
Poszedł do dna jak kamień, a na rzece fala zakotłowała się, zmąciła, błysnęła ku księżycowi kołem złotem, to koło rozbiła o brzegi... i mało jej było jednego, posłała za niem drugie, trzecie, dziesiąte... aż po chwili stała się taka sama jak przedtem, migotliwa, szumiąca... szarpała brzeg stromy, zagarniała piaski.
Chmura zasłoniła księżyc, zrobiło się ciemno, brzydki pies na brzegu usiadł i zawył przeraźliwie, okropnie; wszystkie psy na wsi wtórowały mu żałośnie, ludzie, ze snu zbudzeni, żegnali się trwożnie, myśląc, że to wycie jakieś nieszczęście zwiastuje...
Po dwóch dniach, chłopi, spostrzegłszy, że w chacie na ustroniu ruchu żadnego niema i słysząc żałośne rżenie szkapy, przyszli i znaleźli babę niemowę martwą, na garści słomy leżącą.
Tegoż dnia woda trochę opadła i trupa Wojtka zostawiła na brzegu.
Pochowali ich oboje, zmówili pacierz za nieszczęśliwych.
Grunt po Wojtku stryj wziął w posiadanie, a chałupa została opuszczona, bo nikt mieszkać w niej