Strona:Klemens Junosza-Wojtek Więcior.djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiedział mu stryj: idź do chałupy — i on poszedł, a zastawszy tam babę niemowę, odrazu stał się jej posłuszny, tak jak przedtem strażnikom więziennym i posługaczom szpitalnym.
I cicho było w chacie na uboczu, jak w mogile; kaleka i szaleniec żyli obok siebie spokojnie, wspomagając się wzajem... Ona była głową w tem marnem gospodarstwie, on — ręką, ona — kierunkiem, on i włogawa szkapa siłą.
I zeszło tak lat kilka...
Baba, setnie stara, coraz częściej, coraz uporniej w ziemię patrzyła; grzbiet zaczął się jej wyginać w kabłąk, a twarz pomarszczona, jak zeschła gruszka, nabierała takiej barwy, jak świeża skiba roli popielatki, co to nie czarna jak borowina i żółta jak piasek, ale taka prawdziwie ziemista...
Przyszła wiosna, a że zimą śniegi były duże, więc gdy stopniały i spłynęły, podniosła się woda w rowach, strumieniach i rzeczkach, wystąpiła z brzegów, porozlewała się po nizinach i łąkach szeroko i srebrzyła się od słońca, które ją potrosze i nieznacznie spijało...
Rzeczka pod Pokręconą Wólką stała się dużą, huczała i pieniła się, rozbijając fale o brzegi, mocowała się z brzegiem urwistym, a piaski z drugiej strony pod panowanie swoje zagarnęła i posunęła się precz, na łąki, aż pod olszynę... pod lasek.
Wojtek tego dnia rano wstał jak zwykle i spojrzał bezmyślnemi oczyma. Nie wiedział dokąd iść i co robić, bo mu nikt nic nie kazał.