Strona:Klemens Junosza-Wojtek Więcior.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


na swobodzie był, ciągle w polu, w lesie, na łąkach, przy robocie...
W ostatnim roku, zarządca szpitala, widząc, że Wojtek spokojny i nie zaczepia nikogo, kazał mu w ogrodzie robić, liście zgrabiać, ulice gracować, ziemię kopać.
Robił jaknajlepiej, nie odpoczywając wcale, dotąd, dopóki mu nie kazano zaprzestać.
Posłuszny na każde skinienie, różne posługi pełnił, korytarze zamiatał, drwa do pieców dźwigał; wody tylko nie dawano mu nosić, bo gdy wiadro napełnione zobaczył, wnet ręce w niem mył i mył dotąd, dopóki mu wody nie odebrano.
Doktorzy ciągle na baczeniu go mieli, od czasu do czasu przychodzili w kilku, oglądali go, naradzali się między sobą, aż wreszcie zgodzili się na jedno, że się Wojtkowi rozum całkiem pomieszał i że niema sposobu tego naprawić... Że zaś cichy jest, spokojny i nikomu nieszkodliwy, więc po cóż ma zabierać miejsce w szpitalu, niech wraca na wieś między swoich... Napisali to na papierze, odesłali do urzędów, do sądów.
Po upływie jakiegoś czasu przyszedł strażnik i zabrał Wojtka do biura, a stamtąd pod dozorem dwóch stróżów, odesłali biedaka transportem do Pokręconej Wólki.
Szedł milcząc, nie oglądając się po za siebie, nieciekawy dokąd go prowadzą, tylko tego psa ponurego chlebem ku sobie przymanił.
Widok wioski rodzinnej, ludzi znajomych, żadnego na nim wrażenia nie zrobił... Nie poznał nikogo, słowa nie rzekł, głową nikomu nie kiwnął. Po-