Strona:Klemens Junosza-Wojtek Więcior.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nazajutrz zaprowadzono go do miasta powiatowego — potem dalej, do gubernii.
Mieli z nim sędziowie niemało kłopotu, gdyż wszelkie ich pytania milczeniem zbywał i żadna siła ani jednego słowa nie mogła z niego wydobyć. Nie odzywał się ani do towarzyszów więzienia, ani do stróża, który mu jedzenie przynosił, do nikogo.
Kamień się z tego człowieka zrobił, kłoda bezduszna.
Nie śmiał się, nie płakał, nie zdradzał ani żalu, ani tęsknoty, tylko wzrok w ścianę utkwiwszy, lub w sufit, patrzył bezmyślnie całemi godzinami. Gdy strażnik iść mu kazał — szedł, wstawać — wstawał, kłaść się na spoczynek — kładł się.
Z taką samą apatyą byłby się dał przykuć do taczki i dźwigałby ciężary, ale nie wysłano go do kopalni, został na miejscu.
Sędziowie, nie wiedząc co robić z tym trupem żyjącym, oddali go lekarzom. Ci przecież od tego są, żeby wiedzieli, co się dzieje w głowie ludzkiej i w sercu.
Wzięli też Wojtka w swoje obroty, badali po swojemu, dawali mu leki różne, ale chłop, jak milczał, tak milczał, jak był obojętny na wszystko, tak był...
Nie obejrzał się, okiem nie mrugnął, gdy go z zwięzienia do szpitala prowadzono; nie okazał zdziwienia, gdy znalazł się wśród nieszczęśliwych szaleńców, którzy krzyczeli, śpiewali, darli się w niebogłosy.
I tak mu zeszło kilka lat życia w murach dusznych, w bezczynności, temu chłopu, co od młodości