Strona:Klemens Junosza-Pająki.pdf/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zając, bez względu na to, że pierwsza lepsza dorożka mogła go na śmierć przejechać.
Strach ma wielkie oczy, a nie ma na świecie człowieka, któryby bez opozycyi i oporu oddał na przetrącenie rękę, nogę, albo inną kość.
Karawaner był wściekły i miał słuszność, ale co temu winien Izrael Meir? Czy on się mógł domyśleć, że w takiej delikatnej kobiecie, jak pani Jenta, kobiecie, mającej krótki oddech i pełne serce smalcu, pragnącej wyjść za mąż nie dla innego powodu, tylko żeby mieć trochę zmartwienia na lekarstwo od żółci — siedzi taki wielki, taki gwałtowny i niesłychanie zazdrosny finansista?
Któż to mógł zgadnąć? Kto mógł przewidzieć?
Ona zaraz z początku pokazała rogi, ale to było głupstwo, prowadziła drobne geszefciki; zresztą żył jeszcze wówczas Gancpomader, ojciec, którego musiała słuchać. On poskramiał ją cokolwiek, między nią a mężem zrobił układ, porządnie, jak należy, uregulował stosunek ich wzajemny. I było wszystko jako tako, ale dziadzio Gancpomader umarł, a pani Jenta otrzymała w spadku kilka tysięcy rubli.
Wówczas zbudziła się w niej lwica. Poczuła